poniedziałek, 14 grudnia 2015
sen 248
Przedzierałam się przez tłum w jakiejś jaskini, w której odbywały się targi szkół artystycznych. Zalety akademii zachwalali tam moi dwaj wykładowcy (choć już od dawna nawet nie pracują na jednej uczelni). Obaj mieli pomarańczowe koszulki z nazwą szkoły. Kiedy przechodziłam obok jednego z nich i przywitałam się, on spojrzał na mnie z ogromną pogardą i nie kiwnął nawet głową. Nie rozumiałam o co chodzi. Postanowiłam dowiedzieć się z netu, co to za impreza i dlaczego ten człowiek mnie nienawidzi. Włączyłam komputer, a tam wyświetliła się tylko trupia czaszka, która wybuchając powiadomiła mnie o wirusie. System był do wymiany. Próbowałam gdzieś zadzwonić, ale w telefonie miałam tego samego wirusa. Pobiegłam do Mamy. Siedział u niej Maciej Damięcki w wielkiej puchowej kurtce. Przytulił mnie na powitanie. Opowiedziałam im co się stało, a Damięcki dał mi namiary na lepszego antywirusa. Nie chciałam im przeszkadzać, bo rozmawiali o księgowości, więc poszłam się przebrać. Okazało się, że w moim pokoju jest kabina publicznej toalety i żeby się dostać do lustra musiałam odczekać na swojej własnej kanapie, aż przyjdzie moja kolej. W końcu weszłam z walizką do kabiny. Spojrzałam w lustro i zobaczyłam, że wyglądam dokładnie jak Velma z kreskówki o Scooby Doo. Nawet ubrania i tusza się zgadzały. Byłam wściekła, bo włosy nie chciały się rozczesać i ciągle trwały w tym samym kształcie. I wtedy z kabiny wyciągnęły mnie dwie dziewczyny. Usiłowałam im coś tłumaczyć, ale skończyło się na szarpaninie i wyzwiskach.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz