Na miasto napadły hordy potworów (chyba zombie, bo były ludźmi, ale gryzły).
Trzeba było bardzo szybko przemieszczać się ulicami, ale tylko po zmierzchu, bo potwory bały się światła, nawet tego sztucznego. Spotkałam Z, która powiedziała, że ma ogromny problem. Musi jechać do rodziców, a pies się boi potworów i nie ma go z kim zostawić. Powiedziałam, że ja się zajmę Budrysem. Zabrałam go do mamy, do której właśnie się wybierałam. Okazało się, że u moich rodziców ustanowiono punkt zboru dla zwierząt, taką niby ochronkę. W razie zmasowanego ataku potworów zwierzęta będą zebrane w jednym miejscu i stamtąd ewakuowane. Drzwi do mieszkań na piętrze były otwarte, wszędzie paliły się światła, a zwierzaki (psy, koty, króliki, ptaki i inne) łaziły sobie wolno. Korytarz służył za miejsce "spacerów" dla opornych zwierzaków, które nie mogły się przemóc do załatwiania swoich potrzeb w mieszkaniu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz