czwartek, 11 września 2014

sen 221 własność Ł.L

Byłam w Sokolnikach. Dom był jaśniejszy w środku niż zazwyczaj. Przestawiałam meble i wszędzie znajdowałam mydła częściowo zużyte. Przestawiałam książki, jakieś segregatory. Pomagali mi jacyś młodzi ludzie, których nie znam (być może jeszcze) i nie mogłam zapamiętać ich imion. W ciągu dnia pojawił się żółw. Wielki żółw, na długość od końca palców do łokcia. Ponieważ byłam zajęta tym przestawianiem tylko go zobaczyłam i wróciłam do ścierania kurzu itp. czynności wyżej już wspomnianych. Kiedy był już wieczór, zapytałam mamę, czy widziała Kubę, bo był tu dzisiaj. Powiedziała, że tak, i że to dziwne dość, ale może wrócił po tym jak uciekł, i że może trzeba go zabrać do domu, bo jest wycieńczony, no i powinnam go olejem przesmarować, na wypadek gdyby miał za bardzo łuski wysuszone... 
Za domem, tam gdzie pochowany jest mój pies (kolejne już moje nie były) stał żółw, grzebiąc w ziemi. Powiedziałam: o, tu jesteś?! Wreszcie cię znalazłam...
I wzięłam żółwia na ręce, a on położył głowę na moim ramieniu. Zaniosłam go do domu, dałam wodę i sałatę oraz marchew - a on sobie chrupał. Popatrzyłam na terrarium, które było o wiele za małe na tego żółwia i zaczęłam się zastanawiać, gdzie był przez tyle lat i jak to się stało, że uciekł, przecież wybieg miał zagrodzony, a poza tym zawsze go pilnowałam - jeśli nie ja, to pies... I wtedy świadomość powiedziała mi: on umarł nie uciekł.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz