sobota, 23 sierpnia 2014

sen 212 własność - Alexandra Loobeensky

Śniło mi się, że jechałam kolarzówką w wyścigu terenowym. Kolarzówka miała takie dziwne, zupełnie niepoważne śruby przy kołach (typu wsadź i przekręć, trochę jak trzpień SpeedClic z Dremela, acz luźniejsze) że co z niej zsiadałam i brałam na ramię, żeby przenieść przez korzenie, to się okazywało po fakcie, iż trzymam samą ramę. Dziwnym trafem zawsze był koło mnie ktoś, kto mi te koła przynosił. I tak jechałam, nie wiedzieć po co, ale trzeba było, bo po pierwsze, to wyścig, a po drugie - było strasznie fajnie. Tylko ciągle się obawiałam, że mi te koła spadną w trakcie jazdy (co się ani razu nie zdarzyło). W pewnej chwili wjechaliśmy na etap, który skonstruowano w koronach drzew; sam tor zrobiony był z blachy, takiej na parapety, po bokach miał, z tej samej blachy, ścianki ograniczające, czasami niższe, niekiedy wysokie. Nagle wjechałam w jakiś wyjątkowo trudny etap, rower zaczął gibać się na boki, a ścianki szorowały mi po zgięciach rąk, tak, że bałam się, że mi je poranią albo i utną. Wyjechaliśmy wszyscy wnet na odgrodzony kawałek trasy, wykonany z szerokich blaszanych płatów, które na siebie nachodziły, całość miała klimat pięter falloutowego miasteczka Megaton. Tyle, że znienacka zobaczyliśmy jakieś dziury, jakieś zsuwające się z siebie blachy, więc skakanie, uciekanie, zagryzanie zębów i dociskanie pedałów i znowu jadę, strasznie szybko, wszystko dookoła się rozmazuje, więcej nie pamiętam. Takie Rock of Ages na rower kolarski z najbardziej gównianymi mocowaniami kół pod Słońcem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz