Brałam udział w konkursie na rzeźbę. Ekipa z całego świata miała do dyspozycji ogromną pustą halę fabryczną, w której można było konstruować, odlewać itp. Ja najpierw coś skonstruowałam a potem odwróciłam do góry nogami i nałożyłam pustą gumową formę na końcówkę rzeźby, żeby ją zalać. Moja rzeźba miała jakieś 70 cm wysokości, więc podstawa nie musiała być duża. Martwiłam się za to o losy podstawy pracy jakiegoś Włocha, który zrobił formę olbrzymią i był przekonany, że guma o cienkich ściankach utrzyma wlewkę.
Ja się strasznie wstydziłam podpowiedzieć mu, że powinien zrobić jeszcze skorupę z gipsu. Nie byłam pewna, czy takiej uwagi nie weźmie za moje zarozumialstwo, dlatego powiedziałam o tym jakiemuś innemu rzeźbiarzowi licząc, że on mu przekaże. Potem pojechaliśmy na 5 piętro miasta (znowu to miasto-hotel) gdzie znajdowały się nasze pokoje i sala gimnastyczna, na której odbywało się roztrzygnięcie konkursu. I o dziwo dostałam nagrodę, ale powiedziano mi, że czek wręczy mi któryś z noblistów w późniejszym terminie. Poszłam do pokoju, gdzie już odbywało się oblewanie nagród. Wszyscy siedzieli w wielkim barłogu na ogromnym łóżku. Na to wszystko weszła Wisława Szymborska i zaczęła mnie ściskać nachylając się nade mną, siedzącą na łóżku. Miałam wrarzenie, że jej delikatne ciałko zaraz się złamie, więc poczekałam, aż wskoczy na łoże. Pani Szymborska wręczyła mi na łóżku czek i uściskała ponownie. Spuściła nogi na podłogę, żeby założyć buty i ja nie mogłam wyjść z zachwytu jakie były piękne! Nie chciałam nic jej mówić, żeby nie pomyślała, że się podlizuję, ale buty były po prostu cudne! Lata dwudzieste XX wieku, z bordowej skórki, z pięknymi guziczkami z błyszczących kamieni (ja je muszę narysować). Odprowadziłam ją do windy. Sama też chciałam pojechać na 7 piętro. Przytrzymałam drzwi dwóm paniom przedszkolankom, które z ogromną cierpliwością czekały, aż kilkoro dzieci-pluszowych pacynek, wczołga się samodzielnie do windy. Kiedy drzwi się zamknęły dzieci-pacynki zamieniły się w dzieci ludzkie, tyle że nadal bezwładnie leżały na ziemi. Coś jak scena ze snu Bellmera. :) Podczas jazdy panie przedszkolanki robiły dzieciom wymówki za złe zachowanie podczas ceremonii wręczania nagród. Winda zatrzymała się i zaczęliśmy wysiadać, a ja dopiero po zamknięciu drzwi zorientowałam się, że wysiadłam na 27 piętrze. Wiedząc, że następna winda będzie za dłuższą chwilę pobiegłam na dworzec na przeciwko, żeby przeczekać. Biegnąc minęłam ławeczkę, na której stała czarna walizeczka i tykała. Przed wejściem do dworca stał mężczyzna i zafascynowany wpatrywał się w tę walizkę. Pomyślałam, że pewnie zaraz wybuchnie i pobiegłam co sił w nogach do budynku. I oczywiście bomba wybuchła, a ściany dworca zaczęły pękać. Wybiegłam zapłakana na zewnątrz i poleciałam pędem w stronę wind. Kiedy przebiegałam przez ulicę o mały włos nie przejechał mnie autobus w kształcie rakiety. Kierowca wykrzyczał za mną "krowa na ulicy", ale ja biegłam jak szalona. I wtedy się obudziłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz