niedziela, 24 października 2010

SEN 6

Stoję z jakimś dzikim tłumem wzdłuż drogi, takiej wiejskiej, piaszczystej, ale szerokiej. Pakujemy ubrania do worków dla powodzian. A obok mnie ciągle się przewija F i gada, że ja nic nie robię w związku z biżuteriążu i mi dokucza i powtarza, że się marnuję i że nic ze mnie już nie będzie. I ja już coraz bardziej się robię wkurzona i mam ochotę Go zabić, ale z drugiej strony wiem, że ma rację. I tak się miotam w środku i nic nie odpowiadam. I nagle jakiś wolontariusz krzyczy, że tam dalej się ktoś utopił.
I mówią mi, że powinnam tam pobiec. Dobiegam w miejsce, które jest na plaży, ale ma normalnie podłogę a krzesła stoją jak na jakąś prelekcję. Woda podlewa parkiet jak piasek. I ja patrzę, że wyłowiono półżywego karła, ale to nie był człowiek. I ja wiedziałam, że to jest taki karzeł, który ma przyjaciela olbrzyma i ten olbrzym powoli się zbliża do nas, żeby zobaczyć co się dzieje. Ale na szczęście okazało się, że nic się nie stało. Ja jednak wiedziałam, że to przez jakiś konflikt ten karzeł się o mało nie utopił i wkurzona podeszłam do krzeseł. Na krzesłach siedzieli jacyś faceciżczyźni wyjęci z XIX wieku. Zaczęłam wygłaszać mowę o pokoju. O tym, że przez konflikty, które oni też powodują mogą się powtarzać takie sytuacje jak to podtopienie. Na koniec popłakałam się z nerwów i poszłam. Potem pod wpływem słów F zaczęłam robić jakiś naszyjnik z mrożonego szkła. Dałam elementy Tacie, żeby zaniósł je do obrobienia do znajomego szklarza. Jak już je odebrał to powiesił mi je na rowerze, który stał w przedpokoju. Byłam zadowolona, bo fajnie wyszły.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz