Mieszkałyśmy z M w jakiejś brudnej norze umeblowanej gratami z lat siedemdziesiątych. Pilnowałyśmy płaczącego gołego niemowlaka. M poszła do łazienki. Ja na sekundę oderwałam wzrok od dziecka, a kiedy się odwróciłam już go nie było. Pobiegłam do łazienki krzycząc do M "Pomóż!", ale okazało się, że tam nikogo nie ma. Nawet wanna zniknęła.
Zazwyczaj we śnie, kiedy dzieje się coś złego, w pewnej chwili orientuję się, że śnię i że nie ma się czego bać. Wtedy przeważnie wybudzam się gwałtownie z niesamowitym uczuciem głębokiej ulgi. Tutaj było inaczej. Zorientowałam się, że śniłam, a tak naprawdę M, dziecko i łazienka nigdy nie istniały. Potem mój ojciec zaprowadził mnie na jakiś cmentarz i tak samo to wszystko wytłumaczył. To był strasznie smutny sen.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz