Miałam gospodarstwo, w którym karmiłam psy gotowaną kaszą. Niektórym psom musiałam tę kaszę nosić do dalszej części miasteczka. Pakowałam jeszcze ciepłe jedzenie do skórzanych worków i zanosiłam. Miałam przy tym limit czasu, w którym musiałam się zmieścić, ale nie było to trudne. Cały sen był czarno-biały, ale taki piękny jak na fotografiach z mocną czernią. Przyjechała do mnie w odwiedziny Mama i poszłyśmy zanieść jakiemuś panu małe rzeźby, które potem miały służyć jako statuetki dla nagrodzonych w konkursach. Zrobiłam kilka wersji i pan miał wybrać tę, którą powielimy. Rzeźby przedstawiały sylwetkę mężczyzny w meloniku, bardzo uproszczoną. Były czarne i, w zależności od wersji, w różnych miejscach miały poprzyczepiane małe białe anielskie skrzydełka. Skrzydła tworzyły kształt serca. Niosłyśmy te statuetki piaszczystą drogą w kierunku morza. Dzień był dość pochmurny, ale brak koloru w całym śnie i szarość nieba sprawiały mi przyjemność. Nie były przygnębiające, ale bezpieczne. Było ciepło i spokojnie.
Potem się przebudziłam, a jak znowu zamknęłam oczy zobaczyłam kilka peruk z warkoczami. Dryfowały na wodzie, a warkocze zanurzone pod wodą były korzeniami, którymi peruki się odżywiały.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz