Z tego domu zabrała mnie M swoim samochodem. Jechałyśmy po granatowych ulicach i wszędzie były namalowane strzałki wskazujące kierunek. A M jechała wciąż w dobrym kierunku, tyle że pod prąd. I ja na nią krzyczałam i dziwiłam się, że ona tych znaków nie widzi.
niedziela, 30 czerwca 2013
sen 159
Pojechałam gdzieś daleko od domu. Mieszkałam z obcymi ludźmi, ale czułam się z nimi swobodnie. Ci ludzie, ubrani w czarne zawoje jak beduini, przeprowadzali w nocy jakiś rytuał. Siedzieli w kręgu wokół ogniska i gabloty ze szkła. W tej gablocie stał nagi mężczyzna i nie mógł się w niej ani schylić, ani usiąść. Wiem, że chodziło o jakieś oczyszczenie. Stał, a oni śpiewali. Potem pojawił się korowód idący za wozem ciągniętym przez człowieka przebranego za czarną mysz. To było całkiem nowoczesne przebranie - elementy z tworzywa sztucznego posznurowane linką. Mysz wyglądała bardziej komiksowo, niż naturalnie. Potem stałam przed lustrem ubrana w ciuchy, które pamiętam z liceum (krótka jedwabna spódnica w kolorze atramentu i czarny żakiet). Patrzyłam w lustro i najpierw zobaczyłam swoje wnętrzności - naczynia krwionośne, organy wewnętrzne. Potem zaczęłam widzieć siebie (a raczej czuć) taką jaką jestem naprawdę, bez udawania i chowania. To dziwne, ale "uwalniające" uczucie. Poczułam się lekko. Wyszłam na zewnątrz i dowiedziałam się, że im dłużej się w tym lustrze przegląda, tym mniej widocznym staje się dla innych, którzy jeszcze w nie nie patrzyli. I widziałam w tym śnie jaka jestem rozmazana i niewyraźna dla innych, jak na poruszonym zdjęciu.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz