niedziela, 26 maja 2013

sen 148

Kolejne urywki.

Biegnąc po trawie mijałam coś jakby stanowiska archeologiczne. Kiedy się w końcu zatrzymałam, żeby przyjrzeć się dokładnie tym miejscom, znalazłam coś ciekawego - przezroczyste kwadratowe mydełka, w których zatopione były biżuty. Na jednym ze stanowisk leżały takie z miniaturowymi zbrojami-breloczkami.

Układałam na półkach zestawy ubrań złożonych w kostkę (jak ręczniki). Zestawy te składały się z kilku podstawowych części garderoby. Każdy z nich miał funkcję zmiany koloru jak kameleon. Ubrania dostosowywały się do fantazji noszącego.

Z. przyprowadziła do mnie mały srebrny stolik kawowy. Kazała mu przeprosić mnie za coś. Zostawiła go i obserwowała z oddali. Stolik strasznie się wstydził i zakrywał się nóżkami jak człowiek zakrywa twarz, kiedy chce zniknąć.

Kazano mi iść na wycieczkę po obcym mieście. Ja nie miałam ochoty maszerować w parach po ulicach, zwłaszcza po tym jak zauważyłam, że jestem ubrana w dresowe spodnie do kolan, a na nogach mam wielkie czarne włosy. Niestety byłam zmuszona iść z grupą, ale postanowiłam nie umilać pani prowadzącej wycieczkę razem spędzonego czasu. Zaczęłam z końca kolumny zadawać złośliwe pytania, tak, żeby wszyscy słyszeli. Czy dwóch opiekunów na pewno wystarczy na taką dużą grupę? Czy po mieście będzie nas oprowadzał licencjonowany przewodnik? Obie wiedziałyśmy, że nie i że wycieczka nie spełnia żadnych wymogów formalnych.

Ustawiałam meble w domu. Przesunęłam wysoki regał, a potem weszłam na samą górę i powycierałam kurz. Kiedy spojrzałam w dół zobaczyłam, że siedzę baaardzo wysoko ponad jakimiś ruchliwymi ulicami. Zastanawiałam się jakim cudem teraz zejdę na dół. Postanowiłam przeskakiwać po kilka półek w dół łapiąc się w locie uchwytów. I udało się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz