Z Brucem Lee uczestniczyliśmy w podejrzanej ceremonii, jej mistrzami byli kosmici, kwadratowe animki ukrywające się pod postacią ludzi, które przyleciały na ziemię by zgładzić ludzkość, bo ich planeta wybuchła. Obezwładnili nas i podwiesili za nogi pod sufitem i trochę się pastwili, ale potem zdjęli i poszliśmy na spacer błotnistą ścieżką na której rosło sporo wodnistych poziomek. Reminiscencja: jak wybuchła planeta kosmitów, to aż zbryzgało Mars krwią, a na ich planecie wszyscy mieszkali w blokach, chodzili do pracy równym szeregiem, takie tam animkowe Metropolis. W czasie spaceru głównemu złemu przekuł się czarny gumowy, dmuchany kot. Bruce na podstawie kota, poziomek i szkieletu zająca, który leżał w błocie wytłumaczył złemu czym jest życie, miłość, śmierć.
Obudziłam się z wielką potrzebą Michela Jacksona i ze łzami w oczach wysłuchałam They don't care about us i Earth Song.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz