Śniło mi się, że tracę wzrok. Najpierw to było powoli i niezauważalnie, ale widziałam coraz gorzej, a potem wszystko zaczęło mi się coraz bardziej rozmywać. Mama zawiozła mnie do szpitala, do jakiegoś wybitnego specjalisty, ale trzeba było na niego czekać.
A ja nie mogłam usiedzieć w poczekalni, bo z minuty na minutę widziałam coraz gorzej i miałam jakąś pewność, że jak całkiem przestanę widzieć, to już nie będzie odwrotu. Bluzgałam więc tego lekarza, który nie przybywał i chciałam po prostu wyjść i szybko szukać pomocy gdzie indziej, a mama chciała mnie zatrzymać, ale już tak kiepsko widziałam, że obijalam się o wszystko, co mi stanęło na drodze. Chciałam jeszcze tyle zobaczyc w życiu... Byłam zrozpaczona.
A wcześniej śniło mi się, że umarłam i jestem duszą uwięzioną w starym wielkim wiktoriańskim domu. Jestem tam uwięziona z innymi duszami młodych kobiet, a siła która nas więzi jest także tam obecna, ale jakby znajdowała się w innej części domu. Bardzo się tego bałyśmy i za wszelką cenę nie chciałyśmy tego spotkać, przemieszczając się po domu. A przemieszczałam się wszędzie, szukając ucieczki. Ale wiedziałam, że wyjście jest tylko jedno: musi zostać uwięziony ktoś inny, żeby jedna dusza mogła wyjść. Wiedziałam, że szanse są małe, bo dusze rzadko wpadają w tę pułapkę i trzeba być szybkim, żeby znaleźć się w tej chwili w miejscu, w którym taka złapana dusza wchodzi do domu, a to może być każde okno, drzwi, szpara.... A chętnych, żeby sie wydostać jest dużo, tak więc mam konkurencję... Nie wiedziałam, czemu chcę tak naprawdę uciec, skoro jestem i tak juz martwa, ale czułam, że muszę, bo w tym domu będę się wiecznie bać i tułać po wszystkich pomieszczeniach w poszukiwaniu wyjścia. Sen skończył się nijak, bo się obudziłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz