poniedziałek, 22 sierpnia 2011

SEN 65

Na łeb, na szyję biegłam ze skarpy nad jakimś wielkim, czystym i spokojnym jeziorem. Goniłam i wołałam psa, który pobiegł za małym dzikiem. Zbiegłam ze skarpy, wpadłam do jeziora i biegłam dalej krzycząc. Miałam na sobie sweter ze strasznie długimi rękawami i te rękawy pomoczyły mi się i stały się ciężkie. Pomimo, że wbiegłam już na sam środek jeziora, woda nadal sięgała mi do kostek. Pobiegłam na brzeg, wokół żywej duszy, a ja wlazłam w różowy miękki piasek. Pies się znalazł, ale nie pamiętam jak do tego doszło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz