Dzisiaj wprowadzałam się do starego domu, który wyglądał jak te letniskowe z wieżyczkami w Kolumnie albo w Sopocie. Szło się do niego przez las. W domu znalazłam jakiś ciężki stos papierów owinięty w tkaninę. Wyszłam z nim na zewnątrz i po rozłożeniu okazało się, że to gigantyczne zdjęcie wykonane w sepii, na papierze foto, wielkości dzisiejszych bilbordów.
Na zgięciach trochę się pozacierało, ale ogólnie było w doskonałym stanie. Przedstawiało dużą rodzinę, jakieś 20 osób upozowanych godnie, ale radośnie. Panie w ozdobionych kwiatami ogromnych kapeluszach, panowie w cylindrach. Bardzo się ucieszyłam i pomyślałam, że pewnie znajdę jeszcze pełno takich skarbów. W domu panował rozgardiasz, łaziło pełno robotników. Ktoś nagle oświadczył mi, że zaraz będzie świeży połów i żebym sobie powybierała stworzonka z wiader. Nie miałam pojęcia o co chodzi, ale wydawało mi się, że powinnam. Podeszłam do wiaderek a tam piętrzyły się setki ni to rybek, ni ludzików. Niektóre miały na sobie coś w rodzaju kulistych skafandrów podwodnych. Zrobiło mi się ich okropnie żal, ale zobaczyłam trzy turkusowe stworzenia w kształcie prawie gotowych naszyjników. Pomyślałam sobie, że może by je jednak zasuszyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz