Podróżując dotarłam do wioski ludzi-żółwi. I to w dodatku wodnych. Cała atrakcja polegała na tym, że w wiosce mieszkali sami mężczyźni o urodzie średniej wagi skośnookich zawodników sumo.
Każdy miał czarne włosy związane w kucyk i był umazany biało-szarym błotem, które zasychając tworzyło skorupę na skórze. Oglądałam "pamiątki" dla turystów - naczynia w kształcie kogutów i różne inne tego typu wytwory. Nie rozumiem dlaczego były to akurat koguty, ale we śnie było to dla mnie jakoś oczywiste. Miałam farta, bo zaprowadzono mnie do domu ludzi-żółwi. Mieszkali w czymś, co najłatwiej opisać jako miejsce wykopalisk odkrywających terakotową armię chińskiego cesarza. Tyle, że w dole była woda, a zamiast figur wojowników taplali się żywi ludzie-żółwie. Wyglądali na szczęśliwych pomimo wszechogarniającej szarości błota.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz