Śniło mi się, ze jest wigilijny zimny ciemny wieczór, a ja jestem w domu pełnym ludzi, z J. i jego rodziną, przy długaśnym stole. Jakiś podpity kuzyn przebrał się za Mikołaja, a jak wyszedł na klatkę schodową, żeby "przybyć"(to było w bloku), to spotkał drugiego takiego samego, ktróry wychodził z sąsiednich drzwi.
To była scena, jak ze starej polskiej komedii - oba Mikołaje musiały opić to swoje spotkanie natychmiast. Ja ciągle wychodziłam palić papierosy przy oknie na korytarzu. I byłam podenerwowana, co znacznie kontrastowało z ogólną beztroską i wesołą atmosferą.
A potem J. wyciągnął mnie do pokoju, gdzie na kanapie leżała sterta bezładnie rzuconych płaszczy i wyjął z kieszeni jednego z nich pierścionek zaręczynowy. Ja nie wiedziałam, co robić i w końcu się tylko uśmiechnęłam i zaczęłam zapewniać, że ładny... A potem trzeba było się ubierać i śpieszyć, bo wszyscy wybiegli na dwór, a my za nimi. I zaczęli zasypywać śniegiem taki mały samochodzik, co stał pod blokiem. Zasypywali go i zasypywali, aż
całkiem prawie zniknął pod wielką górą śniegu. Ja stałam z boku i
nie czułam nic wcale. I tak już zostało. Potem wróciliśmy do mieszkania i znowu piliśmy i jedliśmy. Założyliśmy też takie śmieszne małe papierowe czapeczki, jakie kupuje się na urodziny
małych dzieci. Wszyscy trąbili w małe trąbki, a mnie bolała głowa. Potem rzucaliśmy się kolorowymi kulkami. Byłam zmęczona i chciałam już iść spać, ale nie mogłam, bo musiałam czekać, aż wszyscy pójdą. I cały czas czułam, że jestem obok tego wszystkiego. Uśmiechałam się, ale nie było w tym żadnej radości.
Nie było też smutku. Po prostu było mi kompletnie wszystko jedno.
Obudziłam się z kacem, rozmazanym na policzkach tuszem do rzęs i... pierścionkiem na palcu serdecznym lewej ręki. O, kurwa, to nie był sen!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz