Śniło mi się, że biegłam przez kamienne miasto, podobne do inkaskich, ale wiedziałam, że jestem w Warszawie. Przebiegłam przez podcienia, minęłam kamienną lekko rozsypującą się ławkę i wpadłam do kościoła.
A w środku musiałam przekroczyć leżącą krzyżem na posadzce mumię jakiegoś dawnego biskupa. Chciałam dostać się pod ołtarz. Tam zobaczyłam Jezusa w szmatce na biodrach i z trójzębem w ręku. Był tak wielki, ze sięgał do sklepienia. Strasznie się denerwował, krzyczał, grzmiał, tupał jak Zeus jakiś. I wtedy przyjrzałam sie bliżej i zdałam sobie sprawę, że to mechaniczna kukła. Dziwiłam się, że inni tego nie widzą. Potem jeszcze biegłam wzdłóż kamiennego murku odgradzającego mnie od ulicy i wiedziałam, ze jestem spóźniona.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz