niedziela, 19 grudnia 2010

SEN 38 - własność M.S.

Wylądowałam w Indiach, najprawdopodobniej był to plener. Całą drogę do nie wiadomo gdzie szłam z M.A. Weszłyśmy do jakiegoś salonu kosmetycznego, bo M.A. chciała sobie kupić stół do masażu...
Ja wchodząc powiedziałam "dzień dobry", a potem uprzytomniłam sobie, że te kobiety ze sklepu mogą mnie nie zrozumieć. Zaczęłyśmy mówić po angielsku. Pani sprzedawczyni demonstrowała nam, co jest potrzebne do masażu. Jakaś kobieta zemdlała. Panie sprawdziły jej ciśnienie na leżąco, takim samym beznadziejenie wyglądającym urządzeniem, jak w przeciętnej polskiej przychodni.
Później byłam na jakiejś imprezie-koncercie i łaziłam z aparatem. Podeszła do mnie A.W. i powiedziała, że skoro się tu nic nie dzieje aż tak ciekawego, to może zwiedzimy miasto. Zanim wyszłyśmy musiałyśmy ustalić z ochroniarzem jak mamy w razie czego wejść z powrotem.
Widoki były jak w Barcelonie albo filmie sf. Widziałyśmy piękną architekturę, domy w różnych kształtach ustawione w zaskakujących miejscach. Szłyśmy po kamiennym zboczu i obserwowałyśmy domy z góry. Spojrzałam w dół i zobaczyłam panią B.B. (uczyła mnie angielskiego w podstawówce) z trzema córkami. Wołałam ją, ale mnie nie usłyszała. Jedna z córek mnie zobaczyła, ale też nie mogła sie z panią B.B. dogadać i poszły dalej. Kiedy tak szłyśmy nagle zza skały wyłoniła się wielka stara kobieta, która zachowywała się jak jakiś smok albo inny "obcy". Wyginała się gwałtownie na wszystkie strony, ale my wiedziałyśmy, że to tylko takie wygłupy i udawanie i poszłyśmy dalej, nie zwracając na nią uwagi.

Potem śniło mi się jeszcze coś o miejscu w górach i jakiejś chacie. Czekałam tam na kogoś, chciałam się z tym kimś spotkać. Pamiętam też jeszcze dziewczynkę, która śpiewała nad łóżkiem do jakiegoś mężczyzny. Reszta snu mi umknęła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz