sobota, 11 grudnia 2010

Refleksja drogowo-filozoficzna.

Wyszłam z domu odpowiednio wcześniej, żeby na pewno zdążyć. A nawet być za wcześnie. Brnęłam przez chodnikowe zaspy na przystanek. Telefon - "W tv mówili, że tramwaje nie jeżdżą. Może lepiej wróć do domu." Więc postanowiłam iść na autobus.
 W połowie drogi minął mnie tramwaj. Wsiadłam do następnego. Po przejechaniu 2 przystanków uderzyliśmy w samochód. Chwilkę potrwało, nim motorniczy otworzył drzwi i wypuścił nas na ulicę. Nic to, pobiegłam ile sił w nogach, bo zaczęło robić się bardzo późno. Najgorsze, że nie do końca wiedziałam, w której sali powinnam się znaleźć. Chłopak, z którym jechałam tramwajem, zaczął pędzić w tym samym kierunku co ja. Pomyślałam, że pewnie też się spóźnił w to samo miejsce. Zaczęłam go gonić. I nagle bach - potknęłam się o własną torebkę. Pasek się oderwał. Zanim wygrzebałam wszystko ze śniegu byłam już bardzo spóźniona. Chłopak zdążył już przebiec przez ulicę. Na szczęście zauważyłam dokąd wszedł. Pobiegłam za nim i wpadłam do sali. Wokół stołu siedzieli już ludzie, włącznie z tamtym chłopakiem i o czymś zawdzięcie dyskutowali. Rozebrałam się, usiadłam i słuchałam. Po jakimś czasie uznałam, że temat rozmowy jest jakiś dziwny. Zorientowałam się, że chyba jednak to nie ta sala. Przełamałam wstyd i zażenowanie i spytałam dokąd mam iść. Kiedy wreszcie weszłam do odpowiedniej sali inni już właśnie z niej wychodzili.
Po jakimś czasie, kiedy dane mi było wziąć udział w kilku kolejnych spotkaniach uznałam, że to jednak nie to. I teraz następuje refleksja - czasami lepiej sobie odpuścić. Jak w życiu, jak w życiu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz