poniedziałek, 6 stycznia 2014

sen 185

Mieszkałam w wielkim starym domu. Miałam w nim pokój taki jak w rzeczywistości, ale spałam w innym pomieszczeniu. Żeby się dostać do sypialni musiałam przejść skrótem przez tajny korytarz między ścianami, dzięki czemu oszczędzałam sobie drogi po schodach wokół domu i nie musiałam spotykać obcych ludzi zwiedzających dom. Moje łóżko miało kształt łodzi z lakierowanego intarsjowanego drewna i mogło się składać tworząc wielki stół. Wokół niego stały ciężkie krzesła, a w dalszej części była kuchnia. Mogłam też korzystać z biblioteki, takiej od podłogi do niebotycznego sufitu, z drabinami do wspinania. Całość tych pomieszczeń oprócz normalnych ścian była otoczona szklanymi taflami tworzącymi gigantyczne akwarium. Kiedy szłam korytarzem każdy mógł mnie widzieć, ale byłam oddzielona szkłem i czułam się bezpiecznie. Po dziedzińcu (bo to na 100% nie było zwykłe podwórko) przechadzali się ludzie i zwierzęta, pogoda była deszczowa, całość tonęła w szarej mgle i czułam wilgoć w powietrzu. Była tam jakaś kobieta, która za pomocą kuchennego sitka odsączała z wody kamienie leżące na dróżkach w parku. Na zewnątrz było raczej czarno-biało. Za to w środku domu przeważał brąz starych mebli i zieleń obić i tapet. W pokoju trzymałam wszystkie swoje notatki, w tym jeden segregator z ćwiczeniami z angielskiego, wypisanymi słówkami, testami. I właśnie ten segregator znalazłam na półce w stanie opłakanym. Wiedziałam, że ktoś go dokładnie przejrzał, a że po domu kręciło się pełno zwiedzających byłam pewna, że to ktoś z nich. W końcu w skórzanej teczce jakiegoś chłopaka znalazłam kserówki z moimi materiałami. Zdziwiłam się, że tak mu na nich zależało, ale byłam oburzona, że nie poprosił o nie, tylko tak po prostu je sobie wziął. Wieczorem przy kominku zobaczyłam postać i wydawało mi się, że to ktoś znajomy. Podeszłam bliżej i przekonana, że to M.M. przywitałam się, ale gdy ona się odwróciła okazało się, że to moja rodzona ciotka, z którą nie widziałam się już chyba kilka lat. Nie przeszkadzałam jej dłużej, bo miała do spalenia całe pudła papierów. Potem w pokoju usiadłam razem z A. na kanapie i udawałyśmy, że nie mamy do siebie żadnych pretensji (jak w życiu). Usiłowałyśmy prowadzić miłą konwersację. Spojrzałam na jej ręce i zobaczyłam, że coś sobie lepi z czarnej gliny. Były to naprawdę piękne portrety-płaskorzeźby i jakieś takie organiczne komórkowe formy. Miały przecudny głęboki kolor. Spytałam co to takiego, a A. odparła, że to glina zmieszana z popiołem. Było mi smutno, że nie opowiedziała mi wcześniej o swoich nowych pracach i że muszę od niej wyciągać informacje. Czułam się wykluczona z jej zaufania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz