Śniło mi się wesołe miasteczko. Było ogromne i można było w nim spędzić naprawdę wiele dni, żeby wszystko zobaczyć. Chodziłam po nim z kilkoma przyjaciółmi. Dowiedzieliśmy się, że zamordowano w nim małą dziewczynkę.
Właśnie podczas naszego tam pobytu. Przynajmniej tak mówili niektórzy ludzie. Ja cały czas czułam się tam obco, jakby to była wizyta w zupełnie nieznanym mi kraju. Byliśmy tam dziwnie widoczni, inni. Poszliśmy na pokaz woltyżerki. Podobało nam się, ale kazano nam zapłacić za bilet i nie wydano mi reszty z 5 złotych. I kiedy jeden z akrobatów chodził i zbierał dodatkowe opłaty (nie wiem za co) ja oświadczyłam, żeby sobie odliczył tę sumę z mojej zaległej reszty. Był bardzo niezadowolony, ale wiedział, że nie ma o czym dyskutować. Byłam przekonana, że będzie się starał na mnie zemścić. Kiedy wyszliśmy z pokazu na zewnątrz namiotu zobaczylismy już całkiem inny obraz wesołego miasteczka. Zamiast skocznej muzyki orkiestra grała marsze żałobne, słońce zaszło mgłą, panował taki dziwny półmrok a ludzie chodzili w szarych płaszczach, cieplej ubrani, w kapeluszach naciągniętych na oczy i szeptali. Miało się wrażenie, że dzieje się coś złego, wszyscy zachowywali się tak, jakby byli w konspiracji, przemykali, rozmawiali półsłówkami. Wtedy też zobaczyłam cyrkowców- woltyżerów. Stali pod namiotem, patrzyli na mnie i uśmiechali się złośliwie. A ja już wiedziałam, że muszę się ukryć. Jak w filmie szpiegowskim nawiązałam kontakt wzrokowy z człowiekiem, który miał mi w tym pomóc. Szliśmy razem, kiedy zauważyliśmy wejście do schronu. Bardzo szerokie i strome. Wjeżdżały tam ciężarówki, wchodzili ludzie. Jakby nagle poniemiecki schron w Sowich Górach ruszył pełną parą. Wbiegliśmy tam i nagle ukazała się kolumna samochodów wojskowych. Mój przewodnik pociągnął mnie dalej i udało nam się przemknąć. Wpadliśmy do schronu a w nim wprost tętniło życie. Ludzie choć żyli w ogromnym, nie mającym końca pomieszczeniu, to jednak próbowali zachować intymność i pod ścianami, oddzieleni filarami organizowali coś w rodzaju małych mieszkanek. Żyły tam całe rodziny. Gotowano obiady, oglądano telewizję, dzieci bawiły się pod stołami. Tak jakby ktoś ukradł ściany w tradycyjnym domu. My od razu stopiliśmy się z tłumem, zwłaszcza, że jedna z rodzin przyjęła nas jak swoich. Zasiedliśmy wszyscy do obiadu, kiedy pojawiła się jakaś daleka krewna "naszej" rodziny. Nie zdziwiła się, że nas nie zna, bo jednak pokrewieństwo było dalekie, a nasi gospodarze starali się nie zdradzać naszego pochodzenia. I ta kuzynka z Ukrainy (czy jakoś tak) oświadczyła, że zrobi dla nas chłodnik z botwinki. Patrzyłam w jaki sposób ona to robi, jak z dłońmi pełnymi pierścionków kroi warzywa na brudnej desce, nie myjąc nawet rąk po podróży. I wiedziałam już, ze nie będę w stanie tego zjeść. I wtedy ona chyba coś wyczuła i się zorientowała, że coś jest nie tak. Musieliśmy znowu uciekać. Znalazłam się w jakimś jasnym i zimnym mieszkaniu. W telewizji widziałam jak w wiadomościach pokazują ciało tej zamordowanej dziewczynki. Było całe czarne (ale nie spalone) i miało odgryziony pośladek. Widać było dokładne ślady zębów, jak na kanapce lub ciasteczku. Prowadzący piętnowali poszukiwanego wciąż mordercę. Pomyślałam sobie, że nie wiem co zrobię jeśli mnie podejrzewają o tę zbrodnię, ale byłam pewna, że dowody mojej niewinności są tak dobitne, że dam sobie radę. I na to wpadła Z. z wiadomością, że jestem podejrzana. Ja na to, że się domyśliłam. Ale okazało się, że jestem podejrzana nie o morderstwo dziewczynki, ale o zmuszenie jej do samobójstwa. Byłam ciekawa jak mi to udowodnią. Nie wiem do tej pory ponieważ się obudziłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz